top of page
Ciemne chmury
Legenda o dzwonie w Sypitkach

Starzy Mazurzy opowiadają, że było to bardzo dawno temu, gdy wróżba Skomanda zaczęła się spełniać. W pobliskim grodzie ucichł śmiech, zaprzestano zabaw i z niepokojem oczekiwano, co przyniesie kolejny dzień. Ale najstraszniejsze były noce. W mroku czaiło się zło, które nie pozwalało zasnąć znużonym codziennym trudem mężczyznom i kobietom. Również dzieci, słuchające straszliwych wieści przesiąkniętych mordem i pożogą, przycichły i przerażonymi oczami wpatrywały się w rozmówców. Żadne nie odważyło się wejść do lasu – ulubionego miejsca dziecięcych zabaw. Po zachodzie słońca rozświetlały niebo łuny pożarów, a ziemia przemówiła tętentem końskich kopyt, zapachniała ludzką krwią. W rozwidleniu rzeki woda rozlała się szeroko, ale zawsze kryształowo czysta, teraz szkliła się rdzawo, niosąc trupy walecznych Jaćwingów. Mieszkańcy grodu składali bogom ofiary. Jednak milczały kapryśne łaumy, niewzruszony pozostawał też wszechwładny Perkun. Bóstwa okazały się bezsilne wobec przepowiedni o zagładzie oddającego im cześć plemienia. Śmierć przyszła pod osłoną nocy. Okrutni najeźdźcy w białych płaszczach z czarnymi krzyżami nie oszczędzili nawet starców, kobiet i dzieci. Ich ciała wzięła w swoje ramiona litościwa rzeka, uzupełniła swoje wody spływającą ze wzgórza krwią i przecinając wyludnioną przecudną krainę, szemrała o dopełnieniu się niepojętych wyroków. Zmęczona dźwiganym ciężarem okazała miłosierdzie rannemu chłopcu i nieprzytomnej ze strachu dziewczynie. Wyrzuciła ich na brzeg w głębokiej, dzikiej puszczy.

Minęły dwa stulecia. Opustoszała ziemia zaczęła się zaludniać. W 1483 roku na miejscu dawnej jaćwieskiej osady powstała wieś Sypitki. Żyzna ziemia zapewniała dostatek chleba, las darzył zwierzyną, grzybami i jagodami, a rzeka Małkiń obfitowała w ryby. Przybywali osadnicy głównie z Mazowsza, którzy karczowali puszczę i zakładali swoje gospodarstwa. Gdy we wsi zbudowano młyn wodny, zjeżdżali do niego chłopi z okolicznych wsi. Niektórzy osiedlali się tu zauroczeni niezwykłym pięknem i hojnością natury. Liczba mieszkańców Sypitek wzrastała z roku na rok. Umacniały się także więzi między ludźmi połączonymi wspólnym losem naznaczonym ciężką pracą na roli. Od wczesnej wiosny do późnej jesieni ziemia niewoliła tych, którzy ją wzięli we władanie i tylko zimą pozwalała na wytchnienie. Wtedy kobiety zbierały się po domach i wspólnie przędły, tkały, szyły odzież oraz słuchały opowieści o dawnych czasach. Mężczyźni przygotowywali drewno do budowy kościoła. W wolnych chwilach zaglądali do kuźni starego kowala, który wykonywał metalowe elementy świątyni. Z podziwem patrzyli na spracowane ręce starca, które z młodzieńczą zręcznością potrafiły wyczarować wszystko, czego od nich żądano. Poznawali też losy jego rodu, jedynego rodu od pradziejów związanego z tą ziemią, po której stąpali, rodu założonego przez parę Jaćwingów ocalałych przed wiekami z krzyżackiej rzezi. Kościół zbudowano na skarpie w pobliżu rozwidlenia rzeki. Jego wieże uwieńczył krzyż wykuty przez sędziwego kowala i ofiarowany przez jego rodzinę dzwon. Piękny, ogromny zalśnił złociście widoczny na całą okolicę. We wszystkie dni poświęcone Bogu wzywał na modlitwę, obwieszczał radość narodzin i towarzyszył zmarłym w ich ostatniej drodze na pobliski cmentarz. Wkrótce też odprowadził kowala na miejsce wiecznego spoczynku. Mijały lata. Nadeszła mroźna i śnieżna zima, a po niej deszczowa wiosna. stopiony śnieg i ulewy podniosły poziom wody w rzece. Wzburzone koryto przetaczało ogromne ilości bulgocącego żywiołu, który zalewał przybrzeżne łąki. Wody ciągle przybywało, a ołowiane niebo budziło najgorsze przeczucia. Pewnej nocy z głębokiego snu wyrwał ludzi jęk kościelnego dzwonu. Przerażeni wybiegli z domów i ujrzeli zastraszający widok. Rwący nurt zabierał dorobek ich całego życia. Pospiesznie wyprowadzili starców, zabrali dzieci i schronili się na najwyższym wzgórzu. Tam przeczekali noc. Świt odsłonił zniszczenia, które wyrządziła powódź. Ponad wodę wystawały tylko dachy, a budynki stojące blisko rzeki były całkowicie zalane. Nagle usłyszeli głos dzwonu. Ale skąd nadchodził? Z niedowierzaniem przecierali oczy – kościół zniknął. Jednak dzwon odezwał się znowu. Już nie tak czysty i dźwięczny jak zwykle, ale słyszeli wyraźnie bicie jego serca. Padli na kolana i zaczęli się modlić. W tej modlitwie była skrucha i błaganie, i podziękowanie za ocalone życie.

Dzisiaj Małkiń nie ma już prawego ramienia. Zostało odcięte groblą, przez którą prowadzi droga do Ełku. Starorzecze porosłe olchami i łozą tylko wiosną lekko podsiąka wodą, ale tuż obok szosy w kierunku Wiśniowa Ełckiego tworzy przepastną głębię, na której dnie spoczywa bezcenny skarb – dzwon, który ostrzegał w porę mieszkańców Sypitek przed zbliżającym się zagrożeniem. Gdy bił na trwogę, zbiegali się i modlili żarliwie, a Bóg chronił ich przed wszystkimi klęskami, jakich w ciągu wieków doświadczyli Mazurzy. Właśnie dlatego do Sypitek nie dotarły epidemie i żaden wróg nie zdeptał tej ziemi. Ziemi pojonej potem spracowanych chłopów i użyźnionej prochami zmarłych. Nad ich spokojnym snem czuwa zatopiony dzwon.

Autor Henryka Boć

bottom of page